Zginął na służbie, gdy jechał ratować życie. „Został po nim ogromny żal, smutek i ból”

Box2 Wiadomości
Fot. archiwum rodzinne

Uśmiech nigdy nie schodził mu z twarzy, a koledzy z jednostki wiedzieli, że mogą na niego liczyć w każdej sytuacji. Zginął tragicznie, potrącony przez samochód osobowy. Lekarze heroicznie walczyli o jego życie – tak jak on, jako ratownik, walczył wielokrotnie wcześniej. Trwa zbiórka funduszy dla rodziny zmarłego, narzeczonej Eweliny i synka Jakuba.

Była środa, 28 października. Pogotowie ratunkowe w Bydgoszczy otrzymało zgłoszenie o nieprzytomnym mężczyźnie. Do wezwania pojechał Grzegorz Piórkowski, 33-letni ratownik medyczny z Motocyklowego Zespołu Ratownictwa Medycznego. To nie była dla niego pierwszyzna, na stanowisku pracował od wielu lat, a temu co robił, oddawał całe serce. Zanim przeprowadził się do Bydgoszczy, pracował na pogotowiu ratunkowym w swoim rodzinnym Chełmnie.

REKLAMA

To był człowiek z pasją, maksymalnie zaangażowany w to, co robił. Takiego ratownika ze świecą szukać. Miał ogromną wiedzę na temat ratownictwa medycznego, wszystko w małym palcu. Szczerze? Myślę, że niejeden lekarz mógłby się od niego wiele nauczyć. Powiem tak, gdyby ktoś miał mnie udzielać pomocy, to chciałbym, żeby to był Grzegorz – opowiada Bartosz Tomczyk, były pracownik chełmińskiego pogotowia ratunkowego, a prywatnie kolega Grzegorza.

Umiejętnościami chętnie dzielił się z innymi, przekazując im zdobywaną latami wiedzę. Był instruktorem, szkolił m.in. strażaków z Ochotniczych Straży Pożarnych. Wykładał też na Wydziale Lekarskim Collegium Medicum w Bydgoszczy i, jak mówią jego przyjaciele, miał dar przekazywania wiedzy. Pomocy nie odmawiał także po służbie. Koledzy z jednostki wiedzieli, że mogą na niego liczyć w każdej sytuacji.

My, jako ratownicy, zawsze sobie pomagaliśmy, w różnych sytuacjach. Grzegorz był pod tym względem wyjątkowy, człowiek do rany przyłóż. Mogliśmy na nim polegać. Zawsze. Można było do niego zadzwonić nawet w nocy, że popsuł się samochód albo że potrzebne jest zastępstwo w pracy i Grzesiu nigdy nie odmawiał pomocy. Zawsze był, gdy go potrzebowaliśmy – mówi Bartosz Tomczyk.

Grzegorz był przy tym bardzo otwarty, pogodny, rozmowny. Zawsze wysłuchał, gdy któryś z kompanów potrzebował się wygadać i wsparł słowem i uśmiechem. A uśmiechał się często.

Miał duże poczucie humoru, nawet złe chwile starał się obracać w żart. Bardzo pozytywnie podchodził do świata. Nawet, jak coś złego się u niego działo, to nie dawał tego po sobie poznać, porozmawiał, pewnie, ale nie użalał się nad sobą, rozwiązywał problemy uśmiechem, nie poddawał się smutkowi. Zawsze, nawet jak miał zły humor, to się uśmiechał. Mam ten uśmiech Grzegorza cały czas przed oczami… – łamiącym głosem wspomina Bartosz Tomczyk.

Motocykl ratunkowy Grzegorza pędził bydgoskimi ulicami do rannego człowieka. Było krótko po 12.00, gdy na rondzie Skrzetuskim w Bydgoszczy doszło do tragicznego w skutkach wypadku. W motoambulans Grzegorza uderzył samochód osobowy. Na miejscu ratownicy natychmiast podjęli resuscytację, a potem o życie ratownika walczyli na miejscu wypadku lekarze ze Szpitala Uniwersyteckiego. Niestety, Grzegorza nie udało się uratować. Lekarz stwierdził zgon o 13.50.

To był twój ostatni wyjazd, Grzesiu… spokojnego dyżuru – żegnali ratownika jego koledzy z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Bydgoszczy. 

Grzegorz pozostawił narzeczoną, Ewelinę i syna Jakuba. Przyjaciele tragicznie zmarłego ratownika uruchomili zbiórkę funduszy dla rodziny, aby wesprzeć ją w tym trudnym czasie.

Mądry, ludzki, wesoły, wrażliwy, przyjacielski… Zginął w drodze do pacjenta. Nikt się nie spodziewał, że Grzesiu wyjeżdża motoambulansem po raz ostatni. Nikt nie zdążył się z nim pożegnać. Został po nim ogromny żal, smutek i ból. Nie wróci już do domu po dyżurze, żeby przytulić swoją rodzinę – opisują inicjatorzy zbiórki.

Policja ustaliła wstępne przyczyny wypadku. Zawiniła kierująca samochodem osobowym 67-latka. Przy zmianie pasa ruchu nie ustąpiła pierwszeństwa uprzywilejowanemu pojazdowi i doprowadziła do zderzenia. 

Grzegorz jechał do wezwania typu „leży człowiek”. Niestety z żalem muszę stwierdzić, że 90 proc. wezwań tego typu dotyczy osób pod wpływem alkoholu. Nasze społeczeństwo nie ma nawyku, aby sprawdzić, czy człowiek faktycznie potrzebuje pomocy, czy nie jest to zawał, napad padaczki, udar, czy jest wymagane pogotowie – mówił dla TVP Bydgoszcz dr Przemysław Paciorek, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w WSPR Bydgoszcz.

Kondolencje płyną z całego kraju, a w miejscu, gdzie zginął Grzegorz, leżą kwiaty i płoną znicze. Przyjaciele Grzegorza zadają sobie pytanie, czy tragedii można było uniknąć, czy jej powodem nie była zwykła, ludzka nieodpowiedzialność i apelują do dzwoniących na pogotowie: sprawdźcie, czy człowiek, do którego wzywacie pomoc, rzeczywiście jej potrzebuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *