Las go nie wygnał

Box2 Wiadomości
Fot. autorka

Środa, 1 października, południe 

Szprychy w rowerze trzeszczą, ciężko zachować prosty tor jazdy. W głowie po wczoraj szumi. Byle nie najechać na żółto-pomarańczowe rabatki sąsiadki, kłopoty niepotrzebne. Na drodze z Dąbrówki do Osówki pusto, cicho. Tylko te szprychy. Rower zostawia pod sklepem, wchodzi. Kapeluszem się kłania, okulary poprawia na nosie, rączki całuje. Ekspedientka uśmiecha się, taka praca, szybko zakłada maseczkę. Odór moczu jest nie do wytrzymania.

REKLAMA

– Łopatki pół kilo – rzuca pod siwym wąsem i po chwili dodaje: – I denaturat. 

Łopatkę na kradzionej patelni zrobi, dyktę zrobi z Jankiem. Okazja jak się patrzy, syn Janka – Darek dopiero co z kryminału wyszedł. Będzie co opijać. Pani Kasia ze sklepu otwiera zeszyt, dopisuje do kreski. Nic nie strach, Marek sympatyczny, po emeryturze zawsze oddaje. Dzwonek nad drzwiami cicho brzęczy. Jeszcze tylko małpka za winklem, co by z ulicy nikt nie dojrzał.

– Marunia, daj no tu trochę, podziel się z kolegami w potrzebie.

– A idź pan w chuj. Nie dokładałeś się, nie pijesz.

– Marek, co ty… Na kolegów się będziesz wypinać?

– Ja tu się żadnego chuja nie boję!

Tyle go widzieli. Taki był, ten Marek. Paniom w pas się kłaniał, dzień dobry zawsze powiedział. Nie w kij dmuchał. Co poradzić, że dzielić się nie chciał.

Janek, to co innego. Swój chłop. Potrzeby kamratów od kieliszka zna na wylot.

– To dobry chłop, my go tu wszyscy znamy. Intelegentny, nie to, co ten Marek. Widzi, żem smutny, to dychę da, żebym se co kupił i od razu weselej, nie? – mówi jeden z miejscowych.

W Dąbrówce mieszka od wielu lat, lokalni amatorzy mocnych trunków znają go dobrze. Tylko oni.

– Jak tu mieszkam dwadzieścia lat, nie widziałam go ani razu. Do mnie do sklepu nigdy nie przyszedł, zawsze tylko pan Marek dla niego zakupy robił. Tego Janka nie znam, nie wiem nawet, jak wygląda – mówi sklepikarka. – Pan Marek pomieszkiwał u niego kątem, ale mało o sobie mówił. Mnie tam to zresztą nie interesuje cudze życie.

Słońce wychodzi zza chmur, Marek opiera rower o zardzewiałą bramę. Kątem oka dostrzega stertę narąbanego drzewa. Będzie czym palić, Janek to ma łeb na karku. Kiwa głową sąsiadce, tej od rabatek. Tutaj na podwórku kwiatów nie uświadczysz, chyba że szklane tulipany. Lepiej pasują do obdrapanej elewacji i tynku, odchodzącego od ścian. To nieważne, ważne, że satelita działa.

– To gbur, przywitać się przywitał, ale gbur, nieprzyjemny w obejściu taki. Jak telewizję oglądał, to tylko kurwy na prawo i lewo rzucał. No i chlał. Oni wszyscy tam chlali równo, libacje to prawie codziennie były. Ściany cienkie, ja wszystko słyszałam – skarży się sąsiadka.

Kapsel odkręca się sprawnie, płyn pali w przełyku. Zaczynamy.

Środa, 1 października, wieczór 

Las pogrążony w mroku. Wilgotna ziemia tłumi dźwięk kroków. Pijackie odgłosy odbijają się jednak od budynku z czerwonej cegły i niosą hen, po wsi. Przenikają się z ujadaniem psów. Takiego zawodzenia kundli nikt tu nie słyszał od 65 lat. One już wiedzą. Już czują.

Wyją.

Czwartek, 2 października, poranek 

Deszcz odbija się o szyby. Pojawia się tępy ból, rozsadzający czaszkę. Janek rozciera zgrabiałe dłonie, duże, pracą zniszczone, drewnem zahartowane. Roboty się nie bał, pilarzem był. Parę w łapie ma, mimo siedemdziesiątki na karku i renty. Patrzy na syna, w sile wieku, jego krew. Z pierdla wyszedł, to i popić musiał. Wiadomo. Pociąga nosem, wilgoć, grzyb, mocz. Smród alkoholu i jeszcze coś, silna woń. Inna niż wszystkie. 

To trup tak śmierdzi. I krew. 

Głowa Marka zmasakrowana tępym narzędziem. Łom, pręt? Przypadek wykluczony. Morderca nie uderzył raz, obrażeń jest zbyt wiele. Walił, aż zabił. Janek dzwoni na policję. 

Wyją psy.

Czwartek, 2 października, popołudnie

Metalowe kajdany ziębią nadgarstki. Głowa dalej pęka, w głowie szum. Zbiera się na wymioty, wczoraj poszło kilka butelek. Wczoraj, a może dziś rano? Janek i Darek, ojciec i syn, odjeżdżają w policyjnym wozie. Marek odjeżdża w karawanie. Koniec dramatu.

Piątek, 3 października, poranek 

Prokurator z Lipna czasu nie traci, węszy. Ale ludzie nie chcą gadać. Strach zajrzał im w oczy.

– Ja konfidentem nie jestem, nie donoszę – kręci głową jedna z sąsiadek.

– Ja nic nie wiem, nic nie widziałam i rozmawiać nie będę – od progu krzyczy kolejna.

Miejscowe pijaczki też milczą, choć do gadania zwykle pierwsi.

– Parę lat temu kilku pijaków rozróbę mi w barze zrobiło. I wtedy policja też pytała, a kto, a co, nazwiska. A ja nazwisk nie podam, ja mam nastoletnie dzieci, po północy w ciemnicę sama do domu wracam. A to wiadomo, czy by ich nie wypuścili i wtedy jaką krzywdę mnie albo dzieciakom? Nic nie powiedziałam, głupia nie jestem – macha ręką jedna z mieszkanek.

Ludzie milczą. Wyją psy.

Piątek, 3 października, południe 

Ręce skrzyżowane na piersi, przestępuje z nogi na nogę. Drży.

– To jest nie do pomyślenia, w głowie się nie mieści. Jednego dnia człowiek jest, drugiego już go nie ma. Nie powiem, wypić lubili, za kołnierz nie wylewali. Nie zaczepiali tu nikogo, problemów nie sprawiali… Czasem było głośno, faktycznie. Ale, żeby tak… – kolejna sąsiadka zakrywa dłonią usta. – To przecież było zabójstwo. Tuż pod nosem. Ale ja już wcześniej wiedziałam, że coś się stanie, czułam to, tak te psy wyły. Przed śmiercią mojej mamy wyły tak samo.

Strach jest, ale nie przed Jankiem.

– On by nie był chyba do tego zdolny, nie wydaje mi się. Nie, nie byłby – dodaje kobieta. – A pana Marka to szkoda. Nikogo nie zaczepiał, żadnych wrogów nie miał, nikt nigdy się na niego jakoś szczególnie nie skarżył. Jeszcze sobie chłop mógł trochę lat pożyć, a tak to co… 

Miejscowym pijaczkom nie szkoda. Oni cali za Jankiem.

– Marka to nie szkoda, on funta kłaków niewarty – spluwa jeden z pijaczków. – Ale Janka szkoda! On na pewno tego nie zrobił, nie skrzywdziłby muchy, głowę dam sobie za niego uciąć… Toć on całe życie w lesie spędził, to człowiek lasu. Jakby był zły, to lasy by go pierwej wygnały.

– To pewno ten jego syn, Darek, z pierdla wyszedł, kilka lat za rozboje i kradzieże odsiedział. Wcześniej myśmy go tu nie widzieli, ale swoje za uszami miał. Jak już to on, Janek nie – dodaje drugi.

Sąsiedzi zamykają się w domach, na podwórka nie wychodzą. Nie chcą patrzeć na ostatni dom, odrapany dom, dom Janka, dom zły.

Nie wyją już psy. Teraz szczerzą kły.

Tagged

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *