W kleszczach dwóch mocarstw. O upadku Królestwa Armenii [WYWIAD]

Box2 Wiadomości
fot. Łukasz Piecyk

Protekcjonizm, jaki panował w kulturze rzymskiej wobec ówczesnego Iranu, znajduje odbicie w tym, jak dziś ludzie Zachodu postrzegają i opisują Bliski Wschód. To forma kulturowej wyższości połączona z postkolonialnym paternalizmem, która ma – jak widzimy – tragiczne konsekwencje również dla mieszkańców Zachodu – mówi dr Tomasz Sińczak, historyk, autor książki „Upadek Królestwa Armenii w latach 363-428. Armenia między Cesarstwem Rzymskim a Iranem Sasanidów”, w rozmowie z Piotrem Gajdowskim.

Choć opowiada pan w swojej książce jedynie o wąskim wycinku dziejów świata, „Upadek Królestwa Armenii…” to uniwersalna kronika zmierzchu jednych imperiów i narodzin w ich miejsce zupełnie nowych.

REKLAMA

„Upadek Królestwa Armenii…” to praca popularnonaukowa, która ma przybliżyć przeciętnemu czytelnikowi świat przełomu epok. Opisuję schyłek świata klasycznej kultury grecko-rzymskiej oraz okoliczności powstania islamu. Kres Cesarstwa Rzymskiego wcale nie zdarzył się w roku 476 wraz z detronizacją ostatniego cesarza, jak uczy nas polska szkoła, ale był rozłożonym na prawie trzy stulecia procesem atrofii poszczególnych części imperium. I tak najpierw odłączyła się Afryka Północna, Galia, Hiszpania. Ostatnim zaś etapem końca świata rzymskiego był islamski podbój. Muzułmanie zmienili Bliski Wschód i kulturę nas wszystkich, również tu w Europie.

fot. Łukasz Piecyk

Co wyznaczają ramy czasowe w tytule pana książki?

Lata 363-428 to okres, w którym Królestwo Armenii uległo na skutek presji sąsiadów całkowitemu unicestwieniu. Likwidacja państwa armeńskiego była jednym z tych elementów skomplikowanej układanki w historii Bliskiego Wschodu, która doprowadziła do wielkiego starcia cywilizacji 250 lat później. 

Na czym polegał szczególny status ówczesnej Armenii?

Królestwo Armenii było państwem buforowym pomiędzy Cesarstwem Rzymskim i Iranem rządzonym przez dynastię Sasanidów. Tam graniczyły strefy wpływów dwóch wielkich i skonfliktowanych mocarstw, które toczyły ze sobą ciągłe wojny o dominację na Bliskim Wschodzie. Także obecnie na Bliskim Wschodzie funkcjonują państwa, które we współczesnej teorii politycznej nazwalibyśmy „zwornikami”, państwa-sworznie pomiędzy interesami poszczególnych imperiów. Tak jest dzisiaj na terenie Syrii bądź Jemenu, gdzie ścierają się interesy wielkich graczy międzynarodowych, w tym m.in. Rosji i Stanów Zjednoczonych. Podobnie było z Armenią, która z jednej strony była państwem o chrześcijańskim wyznaniu, czyli związanym z ludźmi Zachodu – szeroko pojętego Śródziemnomorza, a z drugiej kulturowo głęboko irańskim – po dziś dzień popularne są tam rozrywki typowo irańskie, takie jak gra w polo, gra w szachy. Armenia składała się więc z dwóch przeciwstawnych „natur” i każde z tych państw próbowało przeciągnąć ją na swoją stronę. Ostatecznie mocarstwa uznały, że lepiej, gdy Armenii po prostu nie będzie.
Jak pisał rzymski historyk z V w. n.e. Zosimos, pas od Kaukazu aż po Ocean Indyjski, na którym leżała Armenia, dzielił świat na „dwoje oczu ludzkości” – Rzym i Ktezyfont (stolica państwa Sasanidów). Kto zlikwidował ten pas, miał lepszy dostęp do drugiego oka. Wielkie mocarstwa chciały więc zlikwidować pas buforowy, aby ułatwić sobie dostęp do serca przeciwnika – a państwa takie jak Armenia padły ofiarą tych dążeń.

Co było z Armenią po roku 428?

Po tej dacie nastąpił proces integracji terytorium armeńskiego znajdującego się pod władaniem irańskim z resztą imperium, który był przerywany kilkakrotnie armeńskimi zrywami niepodległościowymi – po raz pierwszy Armeńczycy chwycili za broń w 451 r., co zakończyło się masakrą armeńskiej arystokracji. Kolejny raz Armeńczycy spróbowali upomnieć się o swoje prawa, m.in. do swobodnego wyznawania chrześcijaństwa, w 484 r. Ta próba również została spacyfikowana. Aspiracje niepodległościowe zostały wygaszone na bardzo długo. Dopiero w późnym średniowieczu Armeńczycy zdołali odbudować swoje państwo, ale to był już zupełnie inny świat.

O Armenii mówi się dziś, że to najstarszy chrześcijański kraj na świecie. Czy to stwierdzenie uprawnione?

Bez wątpienia tak. Tertulian pisze już u schyłku II w. n.e. – a więc 200 lat przed opisywanymi przeze mnie wydarzeniami – że Armenia to państwo będące pod wpływem chrześcijaństwa. Tam uciekali przed kolejnymi falami prześladowań chrześcijanie z Imperium Rzymskiego. Mimo długich przerw w funkcjonowaniu państwowości w kulturze Armeńczyków jest tak dużo elementów długiego trwania, że ta ciągłość została zachowana. Chrzest – niezależnie od właściwej daty, o którą wciąż spierają się historycy – dał podwaliny, dzięki którym Armeńczycy przechowali tkankę kulturowej świadomości, która pozwoliła ich państwu ponownie pojawić się na mapach świata w późnym średniowieczu i jeszcze raz po I wojnie światowej.

Dlaczego w swojej pracy naukowej skupił się pan akurat na tym temacie?

Ten – z pozoru odległy czasowo i geograficznie – wycinek dziejów świata ma fundamentalne znaczenie dla zrozumienia współczesnego stosunku zachodnich polityków i mediów do tematyki bliskowschodniej. Protekcjonizm, jaki panował w kulturze rzymskiej wobec ówczesnego Iranu, znajduje odbicie w tym, jak dziś ludzie Zachodu postrzegają i opisują Bliski Wschód. To forma kulturowej wyższości połączona z postkolonialnym paternalizmem, która ma – jak widzimy – tragiczne konsekwencje również dla mieszkańców Zachodu. Warto się nad tym zastanowić, bo bez zrozumienia przeszłości nie ma możliwości, by zbudować dobrą teraźniejszość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *