„Sam se, Niemcu, kloppen kloppen”, czyli jak wyglądały żniwa i dożynki przed laty

Box2 Kultura Wiadomości
Nie zmieniła się za to waga dożynek. Tu zdjęcie z pierwszych powojennych wieńców w Jackowie-Bernardowie, które obchodzono wyjątkowo uroczyście. Fot. ze zbiorów autorki.

Za życia większości z nas żniwa zmieniły się nie do poznania. Traktory zastąpiły konne żniwiarki, a rolnicy zmagają się sami ze zbiorami, bez pomocy sąsiadów. Słowiańska tłoka poszła w zapomnienie?

Tłoka to słowiański obyczaj pomocy sąsiedzkiej. Gdy gospodarz miał do wykonania trudną pracę, do pomocy „szli” wszyscy sąsiedzi. Pomagano w trakcie żniw, wykopków, ale i „biegło się” do sprzątania po pożarze lub po powodzi. Po takiej pracy gospodyni stawiała sutą kolację. Dziś rolnik pracuje najczęściej sam, a o posiłku może pomarzyć, bo pracuje do nocy.

REKLAMA

Obyczaj, który znamy, to dożynki – wspólny wypoczynek i dziękczynienie za plony. Wiele starszych elementów znamy: wieńce, msza, zabawa do rana. Wieńcowe przyśpiewki kiedyś mało mówiły o dziękowaniu Bogu, a więcej o zwykłych ludziach, np. „Pokojówka bladej twarzy, / Do pisarza oknem włazi. / Plon niesiemy, plon, / W jegomości dom”.

Nowszy zwyczaj, czyli „odrobek”, jest nadal porównywany przez starszych mieszkańców wsi do pańszczyzny. Gospodarz, który posiadał traktor czy inny sprzęt rolniczy, „obrabiał” pole sąsiada, a w zamian ten wraz z żoną i dziećmi pojawiał się u niego w czasie, gdy brakowało rąk do pracy, ale nie tylko.

– Gospodarz daje lechy (zagony, grzędy) pod kartofle, len, kapustę na odrobek komornikom, którzy obowiązani są odrabiać za to w żniwa: za lechę po trzy dni z grabiami, lub dzień z kosą – pisał 150 lat temu Aleksander Petrow o Dobrzyniakach.

Gdy mechaniczne wyciągi zastąpiły wnoszenie ziaren na strychy, „odrobek” za żniwa odsuwano na okres jesiennych wykopek. Najbardziej uciążliwy był, oczywiście, ten przy burakach.

– Brat pradziadka wylądował za pruską granicą na robotach u Niemca – wspomina jedna z mieszkanek ziemi dobrzyńskiej. – Rządca kazał nawet małym dzieciom dokładnie oczyszczać buraki z gliny, wołał „Kloppen, kloppen”. Dzieciak był mały, nie miał siły, za to charakterek – rzucił mu buraki pod nogi i krzyknął: „Sam se, Niemcu, kloppen kloppen”.

Ci, którzy własnej ziemi nie mieli, wędrowali od majątku do majątku, czasami trafiając i za granicę. Mieli swoje obyczaje, a żniwa były dla nich okresem przejścia.

– Podczas pierwszego cięcia siana, albo zaczęcia żniw, wyzwalają parobczaka, zwanego dotąd frycem albo wilkiem, na parobka – opisuje Petrow jeden ze zwyczajów Dobrzyniaków. – Przystrajają parobczaka w zieleń, t.j. wkładają na głowę jego wieńce z liści i kwiatów uplecione, i opasują go podobnymże wieńcem. Na grabie zawieszają chustki czerwone. Kilku parobków trzymają nad nim wzniesione kosy. Dwóch muzykusów, w towarzystwie gromady kośników, z których jeden albo dwóch klepią do taktu w kosy, po zachodzie słońca wprowadzają przede dwór parobczaka (…). Jeden z starszych włazi na dach, i donośnym głosem wywołuje, jakie są prawa i obowiązki nowo wyzwolonego parobka. „Wolno ci do karczmy chodzić, dziewki kochać, żonę pojąć. Nie wolno dzieciakom ciebie tykać, mniejszej zasługi brać od inszych, towarzyszów nie zdradzać, pana nie okradać”.

Za sprawą wędrujących robotników ziemia dobrzyńska i chełmińska były związane przez wiek XIX, aż do połowy XX. Dlaczego?

– Już w poł. XIX w. rozwinęła się tu (na ziemi chełmińskiej, przyp. AZ) wysokotowarowa gospodarka rolna i przemysł cukrowniczy, wkraczała mechanizacja rolnictwa, postępowały melioracje – pisze Artur Trapszyc z Muzeum Etnograficznego w Toruniu. – Liczne gospodarstwa i majątki ziemskie zatrudniały robotników sezonowych, głównie z Kujaw i ziemi dobrzyńskiej.

Za Drwęcą sprawy miały się bardziej tradycyjnie, chociaż robotnicy „z Prus” przynosili nowinki, np. miejski strój czy rowery zwane „kołowcami”. Tu i tam, jeszcze w końcu XX w., można było spotkać konia zaprzęgniętego do żniwiarki czy zobaczyć ręcznie wiązane snopki i rodziny obsługujące wieczorami młockarnie lub wialnie. Jest to zatem przeszłość, ale nieodległa.

Tagged
Anna Zglińska
Historyczka, technik informatyk, okazjonalnie archiwistka. Zaczynała od pisania po ławkach w szkole, prowadzenia bloga, potem w "Nowościach", dziś w "Poza Toruń" i "Tylko Toruń". Ukradkiem zbiera materiały do książki... kucharskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *