Ks. Henryk Jankowski – donosiciel, który kochał dzieci [WYWIAD]

Box1 Kultura
Piotr Głuchowski, autor książki "Uzurpator" (Fot. Marcin Urban)

Dla wielu symbol wolnej Polski, dla innych seksualny oprawca. O dwóch twarzach ks. Henryka Jankowskiego, pedofilii i jego współpracy z SB rozmawiamy z Piotrem Głuchowskim, autorem książki „Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego”

Ile lat miała dziewczynka, którą molestował ks. Henryk Jankowski?

Dwanaście. Dziś jest dojrzałą kobietą, która zdecydowała się opowiedzieć swoją historię. Tej wysłuchała, zapisała i opublikowała ją w „Dużym Formacie”, w reportażu „Sekrety Świętej Brygidy” Bożena Aksamit.

Autorka ukazała rysę na postaci księdza prałata. Książka „Uzurpator” całkowicie obali jego mit?

Ten mit już dawno powinien być obalony. Gdańszczanie poznali księdza jako duchownego, który potrafił wszystko załatwić, który gromadził dobra, by rozdawać je biednym. To prawda – w latach 80. sprowadził tony żywności, odzieży i lekarstw. Jednocześnie mianował się kapelanem „Solidarności”, opływał w bogactwa, wszedł w kręgi opozycji i próbował tworzyć historię. Miał też tę drugą twarz, o której wielu wiedziało, a nikt nie mówił – spał z ministrantami, donosił Służbie Bezpieczeństwa.

W 2007 r. spotkał się pan z prałatem w jego apartamencie. Jakie wywarł ksiądz na panu wrażenie?

W trakcie tego spotkania prałat zaczął mnie podrywać, starał się być czarujący. Na Bożenę Aksamit, która była razem ze mną, nie zwracał uwagi. Pokazał mi swoje mieszkanie, kazał siadać na łóżku, sprawdzać miękkość. Chwalił się medalami, pierścieniami, obrazami. Na ścianach wisiało ich mnóstwo: na jednych był sportretowany z matką, na innych z papieżem, z Prymasem Tysiąclecia, z Wałęsą. Rozmawiał chętnie, bo uwielbiał brylować, także w mediach mu nieprzychylnych. Nikomu nie odmawiał wywiadów.

Już wtedy powszechnie znane były skłonności prałata do młodych ministrantów i dzieci. Zapytał pan go wprost o pedofilię?

Oczywiście. W 2004 r. ks. Jankowski był formalnie podejrzany o wykorzystywanie seksualne 14-letniego Sławka. Prałat podczas rozmowy tłumaczył, że oskarżenia są próbą szkalowania jego osoby i Kościoła. Prokuratura sprawę umorzyła. Jankowski uznany został za niewinnego. I tego się trzymał. 

Prałat w latach 80. i 90. był bardzo aktywny na arenie społecznej i politycznej. Na plebanię przy kościele św. Brygidy przyjeżdżało wielu gości, Margaret Thatcher, Ronald Reagan, Joan Baez. Lech Wałęsa tam praktycznie mieszkał. Nikt nie widział, co się dzieje?

Wielu lokatorów plebanii miało u Jankowskiego dług wdzięczności i dlatego się nie wychylali. Prawdopodobnie byli świadomi wszystkiego, lecz woleli milczeć. A ludzie z Zachodu łapali się za głowy. Delegacja szwedzko-norweska wyszła z kolacji, gdy zobaczyła ministrantów w roli podczaszych i te wszystkie łososie, szczupaki, bażanty… w głodnej, biednej Polsce roku 1983.

Służba Bezpieczeństwa wiedziała o skłonnościach Jankowskiego? Mieli na niego haka?

Bogdan Borusewicz mówi, że tak. Na pewno prałat współpracował z SB w latach 1980-1981. W zachowanych raportach widnieje jako TW „Delegat”, a później jako TW „Libella”. Przetrwały meldunki wytworzone na podstawie jego spotkań, m.in. z papieżem Janem Pawłem II.

Jak wyglądała jego współpraca z SB?

Kapitan, a potem major Ryszard Berdys, jego oficer prowadzący, delikatnie wypytywał, co słychać w „Solidarności”, a potem sugerował: wicie-rozumicie, trzeba by powiedzieć Wałęsie, że ta Walentynowicz to wariatka… Na tym polegała dezintegracja środowiska „S”.

Jak głęboko wszedł pan w szczegóły, zbierając informacje do książki?

Wraz z Bożeną korzystaliśmy z ogólnodostępnych źródeł i informacji. Mam tu na myśli materiały prasowe, wywiady z ks. Jankowskim, dokumenty zachowane w Instytucie Pamięci Narodowej, a także prokuratury ze śledztwa w 2004 r. Odbyliśmy także tuzin rozmów z osobami, które znały prałata od lat.

Wszyscy chcieli rozmawiać?

Prawie nikt. Wykręcali się Adam Michnik, ks. Krzysztof Czaja – lokator plebanii św. Brygidy, profesor Pensonowa – lekarka Jankowskiego, Jerzy Borowczak – przyjaciel prałata i tak dalej. Podkreślali, że o zmarłym mówi się albo dobrze, albo wcale. Mieliśmy też problem z ofiarami księdza. Tylko parę osób zdecydowało się mówić. 

Pisząc tę książkę, nie miał pan możliwości zweryfikowania faktów bezpośrednio u prałata. Bohater nie mógł się więc w żaden sposób obronić. To duże utrudnienie dla dziennikarza?

Nasza praca nie różniła się niczym od tworzenia biografii choćby marszałka Piłsudskiego czy Hitlera. Są źródła. 

Nie boi się pan, że wpisuje się w nihilistyczny trend burzenia wszystkich symboli i pomników?

Mamy w Polsce dość osób, które zasługują na zapis w historii i pomnik. Nie potrzeba na piedestale donosiciela, który molestował dzieci.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *