Czy rolnicy muszą obawiać się „suchej” powtórki z zeszłego roku?

Box1 Powiat chełmiński Wiadomości
Fot. Łukasz Piecyk

Miniony rok był najcieplejszym w całej historii pomiarów meteorologicznych w Polsce. Większość kraju zmagała się z poważnym deficytem opadów. Początek 2020 r. także nie należy do wilgotnych. Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, ostrzega, że jeżeli taka sytuacja się utrzyma, to czeka nas najsilniejsza od pięćdziesięciu lat susza.

Przez ostatnie dwa lata, rekordowo suche i upalne, zapasy wód gruntowych mocno się skurczyły. Deficyt opadów stał się znakiem charakterystycznym także początku obecnego roku i sprawił, że wilgotność gleby jest obecnie bardzo niska. Sytuacja meteorologiczno-hydrologiczna zmienia się jednak dynamicznie, a zjawisko suszy jest wielowymiarowe.

REKLAMA

Susza atmosferyczna jest wtedy, jeżeli więcej wody wyparuje niż spadnie. Drugi stopień to susza rolnicza. Występuje wówczas, gdy rośliny mają niedostateczny dla ich prawidłowego rozwoju dostęp do wody. Ciężko w tym momencie o tym mówić, ponieważ nie rozpoczęła się jeszcze wegetacja – tłumaczy Grzegorz Smytry, dyrektor Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Bydgoszczy.

Państwowe Gospodarstwo Wodne komunikowało w połowie stycznia, że na całym obszarze Kujaw panuje intensywna susza atmosferyczna i rolnicza. Na początku lutego w naszym regionie pojawiły się co prawda opady deszczu, ale nie wpłynęły one znacząco na wilgotność gleby. Wynosi ona niecałe 40 proc, a w niektórych miejscach nawet 35 proc. Zasoby wodne mogłyby zostać odbudowane dopiero wtedy, jeżeli mżawka padałaby nieprzerwanie przez dwa miesiące. Wskaźniki standaryzowanego klimatycznego bilansu wodnego wskazują, że odnotowane w styczniu sumy opadów były za małe dla efektywnego zasilenia poziomów wodonośnych.

Zima to odpowiedni czas na uzupełnienie wód gruntowych, m.in. ze względu na mniejsze parowanie. Śnieg spokojnie może wsiąkać w glebę i uzupełniać jej wilgotność. Obecna wersja zimy niestety temu nie sprzyja – mówi Rafał Maszewski, toruński meteorolog.

W chwili obecnej pokrywa śnieżna znajduje się zaledwie na ok. 4 proc. kraju. Poziom wód i przepływy w ciekach wodnych także budzą niepokój. Na początku stycznia w większości miejsc notowano niskie stany wód. Grzegorz Smytry przestrzega jednak przed zbyt szybkim alarmowaniem o suszy hydrologicznej i hydrogeologicznej.

Póki co nie powinniśmy jeszcze mówić o dramatycznej sytuacji. Oczywiście mamy zbadaną niską wilgotność, ale jeśli będą tak miarowe deszcze, jak ostatnio, to sytuacja może się poprawić. Na samej Noteci zauważamy poprawę, mamy już w tej chwili stany średnie, a na dopływach nawet wysokie. Musimy poczekać i zobaczyć, co przyniosą kolejne dwa miesiące – uspokaja Grzegorz Smytry.

Zdecydowanie większy strach towarzyszy rolnikom. Niepokoi ich wizja powtórki z zeszłego roku, kiedy susza rolnicza rzeczywiście dała się we znaki, a straty szacowane były na prawie 2 mld zł.

Niski poziom wód w zbiorniach wodnych widać gołym okiem. Nawet w zeszłym roku był on zdecydowanie wyższy. Ratunkiem może być odpowiednia ilość deszczu wiosną, ale czy to nastąpi? Tego nie wiemy. Na dzień dzisiejszy nie ma zapasów wody w glebie – mówi Tadeusz Ziółkowski, wiceprezes Kujawsko-Pomorskiej Izby Rolniczej.

W przypadku dalszych skąpych opadów, rośliny na polach wiosną będą wzrastały już w warunkach suszy. Poza tym zaburzenie wegetacji roślin staje się coraz bardziej prawdopodobne. Nic nie wskazuje na diametralną zmianę pogody, a to oznacza, że musimy spodziewać się w kwietniu przyspieszonej wegetacji roślin. To duże zagrożenie dla upraw, bo po ciepłej zimie bardzo prawdopodobne są majowe przymrozki. Minister Gróbarczyk ostrzega, że jeżeli sytuacja się nie poprawi, to czeka nas największa susza od pięćdziesięciu lat. Taki scenariusz wbrew pozorom jest zmartwieniem nie tylko rolników. Możliwe straty w uprawach i zmniejszenie plonów będą bezpośrednio oddziaływać na ceny podstawowych artykułów żywnościowych. 

To, że teraz jest sucho, będzie też miało swoje implikacje dla stanu środowiska, stanu rolnictwa czy gospodarki w kraju za kilka lat. Bo to jest początek bardzo głębokiego problemu – ostrzegał na antenie TOK FM dr hab. Mateusz Grygoruk z SGGW.

Doraźną receptą na problem suszy jest umiejętne zatrzymywanie wody. 

Obecnie retencja w Polsce utrzymuje się na poziomie 6,5 proc. średniego odpływu. Powinna być przynajmniej dwa razy wyższa, aby zgromadzone zasoby zaspokoiły wszystkie potrzeby ludzi, gospodarki i środowiska – czytamy w raporcie przygotowanym przez zespół komunikacji społecznej Państwowego Gospodarstwa Wodnego.

Na wsiach coraz częściej reaktywuje się zasypane i wysuszone stawy. Rolnicy mogą stosować bardziej nowoczesne technologie upraw, które nie doprowadzają do wysuszenia gleby. Tradycyjny pług coraz częściej zastępowany jest przez agregaty bezorkowe czy agregaty uprawowo-siewne. Konieczne jest zwiększanie pojemności retencyjnej zbiorników i korzystanie z rozwiązań wielofunkcyjnych, np. przekształcanie suchych zbiorników przeciwpowodziowych w zbiorniki mokre. 

Na szczeblu rządowym opracowywane są programy zakładające zwrot ku mikroretencji. W ramach lokalnych działań mogą powstawać małe zbiorniki, stawy i oczka wodne. Ważne jest także zalesianie oraz ochrona stawów wiejskich i mokradeł. Rząd przewiduje dofinansowania do budowy własnych studni głębinowych. Zapowiedział już, że podejmie kroki w celu uproszczenia procedury. Chodzi m.in. o zlikwidowanie konieczności uzyskiwania pozwoleń na budowę małych zbiorników wodnych. Na efekty tych zapowiedzi rolnicy będą jednak musieli jeszcze poczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *